Rejs PCM Węgorzewo – Pisz
Od pierwszego do czternastego lipca byłem na Mazurach, na rejsie "Przez Całe Mazury" z Węgorzewa do Piszu organizowanym przez biuro Róża Wiatrów, z którym to niecały rok wcześniej byłem na szkoleniowym obozie żeglarskim :)
Miałem ambitne plany relacjonowania mojego pobytu na żywo na blipie, jednakże mieszanka trudności z ładowaniem baterii, zmęczenia oraz brakiem czasu spowodowała to, że pierwszego dnia wysłałem 6 wiadomości, a potem do końca już tylko dwie. Ech...
1 lipca zostałem obudzony około 5:15, potem popełniłem "toaletę poranną" i wysłałem SMSa na blipa o treści "Umyłem się. Za półtorej godziny Łódź." (godz. 5:25). Zjadłem śniadanie i wyjechałem po Kamila, mojego przyjaciela z ławki, potem trasą nr 1 do Łodzi. Tuż za Częstochową przypomniałem sobie, że zapomniałem z domu wymaganej karty obozowej, więc zawróciliśmy. (SMS " Jesteśmy na trasie. Wracam jeszcze po kartę obozową." o godzinie 06:03) Potem Łódź, gdzie przyjechałem mniej–więcej na czas.
Wyjechaliśmy autokarem do Warszawy w jakieś 12 osób. Wiadomość "Jadę autokarem, jeszcze jestem w Łodzi. W sumie to przez dwa tygodnie będę na Łodzi ;-)" o 7:48. W Warszawie pojawiliśmy się odrobinkę za wcześnie, bo o 10:30 była zbiórka dla osób jadących stamtąd, a na blipie już o 9:41 była wiadomość "Warszawa! Teraz będziemy czekać z godzinę na zbiórkę tutejszej grupy...". Wykorzystaliśmy okazję i przeszliśmy się po pobliskich Złotych Tarasach (zbiórka dla warszawiaków była przy Sali Kongresowej), zjedliśmy coś i pooglądaliśmy kamery cyfrowe w tamtejszym Saturnie.
Podróż przebiegała spokojnie, o 15:15 "Jesteśmy za Piszem, 40 km od Giżycka.", a o 22:48 "Od 16:30 jesteśmy w Węgorzewie przy ulicy Wodociągowej :-)". Osiem minut później pojawiła się wiadomość "Śpimy na dwumasztowym jachcie "Marihuana" (błąd jest w nazwie). Instruktor, troje chlopakow i 3 dziewczyny." Nie pamiętam czym wtedy byłem zajęty, ale tym tekstem w nawiasie to dowaliłem... :) W każdym bądź razie jacht nazywał się, tak jak wtedy wspomniałem, "Marihuana" i był typu Róża Wiatrów, a dokładniej to wyglądał tak. Dokładnie, dwa maszty, cztery żagle. Od przodu: kliwer, sztafok, fok i grot. Trochę trudno było się na początku do tych nazw przyzwyczaić :) Załoga, oprócz mnie i Kamila składała się z naszego sternika Oskara, Krzyśka, Ani, Eweliny i Magdy. Dziewczyny miały po 16 i 17 lat, a Krzysiek jest moim rówieśnikiem.
Po pierwszym w moim życiu noclegu na jachcie, gdzie wcale nie było aż tak niekomfortowo jak to sobie wyobrażałem, nastąpił słoneczny dzień drugi. Uśmiechnięty ubrałem się w bezrękawnik, krótkie spodenki przystosowane do kąpieli i buty "do sportów wodnych". Tego dnia płynęliśmy na Mamerki (gdzie byliśmy również rok temu na szkoleniówce). Tam, co ciekawe, pod wieczór, jeden chłopak z rejsu... poprosił nas o kupienie mu piwa (!), niestety jednak nie zapamiętałem go z twarzy i nie mieliśmy z nim później jak pożartować :) Ogólnie w dzień wiało bardzo słabo, przez to większość jeziora (Mamry) przepłynęliśmy na silniku.
Trzeci już dzień to podróż do Sztynortu i pierwsze moim życiu kładzenie masztu i to w dodatku "extended version", bo mieliśmy dwa maszty :) W Sztynorcie pierwszy prysznic (za 10 zł), całkiem ciekawe warunki gdyby nie to, że zamiast drzwi, "kabinę" od korytarzyka oddzielały dwa murki... No i jeszcze nie można zapomnieć o restauracji, w której zapłaciłem 27 zł za 0,2 l Coca-Coli, Pierś z kurczaka, frytki i sałatki.
Czwarty dzień... Hmm... Muszę sobie przypomnieć... Ach tak, to podróż do Giżycka, głównie cały czas ulewy, wiatr 6 w skali Beauforte'a... I muszę się pochwalić, że to ja wtedy siedziałem przy sterze tego całkiem sporego jachtu bez zrefowanych żagli i ze zwiniętym jedynie kliwrem :) Piąty dzień to również Giżycko, ponieważ "władze" zdecydowały się na przeczekanie jednej wielkiej ulewy mającej miejsce tego dnia. Ale za to zostały zorganizowane zabawy pod wielkim namiotem: wszystkich podzielono na trzy grupy, a następnie miały miejsce pięć konkurencji:
- Pięcioosobowa reprezentacja odpowiadała na wybrane pytania
- Przeciąganie liny
- Wiązanie "ratowniczego" na linie szarpanej przez dwóch sterników w celu "naśladowania naturalnych warunków"
- Jeden reprezentant każdej grupy wiązał tyle węzłów cumowniczych ile pamiętał
- Ponownie odpowiadanie na pytania, tym razem wspólne, za to na zasadzie "kto szybciej"
6. dzień to ekstremalnie długa trasa w porównianiu do dotychczasowych: z Giżycka w okolice Rynu – w końcu musieliśmy pokonać trasę pierwotnie przeznaczoną na dwa dni! To też były ciężkie warunki, niemalże cały czas padało, no i wiał wiatr 6°B, i wtedy na niezrefowanych żaglach i zwiniętym tylko kliwrze... zgadnijcie kto siedział przy rumplu? ;> Potem przed wypłynięciem z kanału na Tałty się zrefowaliśmy, a przy sterze siedział nasz sternik. Gdzieś tak w połowie drogi przez to jezioro stwierdził, że dalej popłyniemy na silniku: musieliśmy halsować, a nasza łajba miała dosyć duży dryf i kąt martwy w efekcie robiąc ciągle zwroty na tym wąskim jeziorku niemalże nic nie zyskiwaliśmy na wysokości...
To był nasz pierwszy postój na dziko. Poza tym ze względu na to, że nasz jacht był balastowy, a balastu nie da się podnieść tak jak miecza, musieliśmy zrezygnować z bezpośredniego przycumowania do drzewa i schodziliśmy na ląd tranzytem przez Ferdynanda Wspaniałego (Princessa z malowaniem Róży Wiatrów, tzn. tego biura, z którego byłem...).
Następny dzień to żegluga jeziorami Tałty i Mikołajskie. Po nazwie tego ostatniego na pewno się nie domyślicie, gdzie nocowaliśmy. Ech, a jednak... Tak, to były Mikołajki! Miasto, które dzieli się na port i resztę :) Idąc wybrzeżem na przemian można zobaczyć "karczma pod złamanym pagajem", lub coś w tym stylu i "toalety, WC" :)
Tam też wiało niemiłosiernie i było to szczególnie denerwujące przy zasypianiu. Ale jakoś przeżyłem... Trzeba było :)
Ósmego dnia czekał mnie mój pierwszy raz... ze śluzą :) Otóż popłynęliśmy na południe, z jeziora MIkołajskiego skręcając w jez. Bełdany. Był mały wiatr i było całkiem ciepło. To był jeden z tych dni, kiedy szczęśliwie było widać Słońce. A i widoki były piękne... Jednakże po 21 okazało się, że śluzowania w Guziance są do godziny dwudziestej pierwszej właśnie. Zaradny Siwy, komandor rejsu, załatwił jednak jeszcze jedno specjalne śluzowanie o bodaj 21:30, na które się bardzo zaczęliśmy spieszyć. Nasz niepozorny silniczek, który dzień wcześniej był podejrzewany o bycie z ZSRR, okazał się ośmiokonnym Suzuki. I dawał radę! Dzięki temu tego dnia zdążyliśmy przepłynąć przez śluzę (nie jest to tak bardzo podniecające, jak się wydaje ;-) ). Słońce powoli zachodziło, więc po ciemku dotarliśmy pod dęby, a konkretniej do porciku nazwanego "Pod Dębem". Było przyjemnie, i jedna ważna rzecz – pryszcznic za 5 zł naprawdę lepszy, niż sztynorcki, WC 1 zł, a pisuarki za daarmo! Dar! :)
Potem kolejny postój na dziko, następujący żeglugę jeziorem będącym strefą ciszy. No i po drodze konsumpcja placków w Karwicy.
Jak już wspominałem, byliśmy na dziko, i kil znów dał się we znaki. Dolna część dziobu naszej Marysi była w odległości około metra (co widać na tym zdjęciu) i w efekcie schodzić na ląd musieliśmy przechodząc przez bukszpryt (również widoczny na tamtym zdjęciu). Straty:
- Dwie rolki papieru toaletowego
- Dwoje ludzi w wodzie
Następnego dnia wróciliśmy pod dęby, gdzie zjadłem dwie kiełbaski z grilla trzymane w zdobytej kromce chleba :)
10. dzień to ponowne przepłynięcie przez Guziankę, ale nie ma tak łatwo. Wpływając do zatoczki poprzedzającej śluzę z mojego gardła wyskoczyły niepowstrzymywalne słowa znane w szerokim świecie i honorowane w każdym mieście. "O, kur*a". Przed moimi oczami roztoczył się widok 40 innych żaglówek oczekujących na śluzowanie. W czasie oczekiwania zdążyły przepłynąć dodatkowo trzy krowy (statki żeglugi mazurskiej, one mają niemalże bezwzględne pierwszeństwo). Zdążyliśmy podnieść gretingi i wyczyścić zęzę. Ponadto zjedliśmy przepyszny obiadek: piersi z kurczaka i ryż. Mniam :)
Za śluzą czekał nas porywisty wiatr w porywach sięgający aż 1°B, a do przepłynięcia mieliśmy całe Bełdany (też w pewnym momencie odpaliliśmy kataryny) i część Śniardw. Nocleg był w Popielnie. Tam jakieś koniki, czy coś takiego...
Wieczorem ja i Kamil wybyliśmy pozmywać naczynia. Wracając zobaczyliśmy kilka osób stojących przed jachtem. "Był wybuch". I od razu zrozumieliśmy o co chodzi, jednak Oskar to jeszcze raz dokładnie wytłumaczył. Gaz z butli zasilającej kuchenkę wypełnił także bakistę (część zęzy służąca jako szafka itd.) w której się znajdował (widocznie wężyk był nieszczelny), następnie prawdopodobnie koledzy z odwiedzającego jachtu się bawili zapalniczkami (choć mógł to być inny powód) i w ten sposób podpalili ten gaz. Ale na całe szczęście nic bardzo poważnego się nie stało - lekkie przypalenie drewnianej przykrywki od bakisty, drobne oparzenie kolegi siedzącego najbliżej i wylanie wrzątku do tej bakisty. Zgadnijcie kto musiał potem tą wodę wydobywać? Tak, nie ja :>
Potem żegluga przez Śniardwy, Seksty, przepłynięcie najdłuższego mazurskiego kanału: Jeglińskiego i śluzy Karwik, gdzie straciliśmy bosak. No i to właściwie byłby koniec podróży, bo po drugiej stronie jeziora Roś, tzn. na przeciwko ujścia kanału był już Pisz. Ale nie! My przepłynęliśmy całe jeziorko i zatrzymaliśmy się ponownie na dziko. To była ciekawa sytuacja: by zejść na ląd, musieliśmy przejść po naszym jachcie, następnie po "Uwaga bo..." i po "Reksiu". Dopiero wtedy można było dotknąć suchą nogą plażyczki :)
A dwa następne dni to dopłynięcie do Piszu i powrót. Warto wspomnieć, że właśnie w drodze powrotnej koleżanka Gosia pokazała mi dół dół góra góra dół góra :) Dzięki, Gosiu!
No to czas na podsumowanie: pływaliśmy jachtem balastowym, który był dosyć spory, miał dwa maszty i cztery żagle. Typ jachtu to Róża Wiatrów, i ich jest tylko siedem. Akurat ten egzemplarz zwał się "Marihuana" i był wyjątkowy ze względu na ilość masztów. I w sumie każdy może sobie nim popływać...
Pogoda była, za przeproszeniem, do dupy, bo głównie cały czas padało i było zimno. Ale za to atmosfera była gorąca :) Ludzie byli super, zarówno uczestnicy jak i kadra – pod tym względem nie mam na co narzekać. Może na kilka osób z mojej załogi... ale nieważne :) I co najważniejsze: za rok postaram się też na takie coś pojechać!
Zdjęcia możecie zobaczyć tutaj. Niektóre się podobają nawet mi! :)
Chmurka wyglądałaby mniej więcej tak (postaram się ją pouzupełniać jak coś mi się przypomni):
Komentarze
Serki topione, lol
Całkiem fajna wyprawa.
A tak jeszcze powiedz, bo nie napisałeś, ile Cię to łącznie wszystko kosztowało?
Bodaj 1445 zł + transport :) (45 zł w jedną stronę). W cenie miałem wyżerkę, nocleg, jachty i fajnych ludzi ;-) No i po trzy krówki i koszulka Róży Wiatrów.
Gratisem byli fajni ludzie, ale to naprawdę super gratis ;)