Murphy to był gość
Wpis na poziomie 0., wysłany dnia 21 czerwca 07 roku o godzinie 21:29:27 do kategorii: Rozrywka.
Tę notkę piszę siedząc w domu, w mieście, nad którym wisi jedna ogromnie wielka chmura, tak wielka, że niedawno nie było dostępu żadnego światła, oprócz tego elektrycznego :) Oczywiście sama chmurka to nic. Leje nieprzeciętnie.
Ale nie o tym chciałem... Otóż od dłuższego czasu było wiadomo, że mój brat jedzie do Stanów. Tzn. ja wiedziałem, wy nie :)
Jednakże trochę się to pokomplikowało. Wylot był wczoraj o 7:40 (środa). No okej. Ale w poniedziałek byłem z rodzicami, bez brata, w Krakowie. Dopiero ok. 18:30 mój tata pojechał samochodem do Warszawy po brata i jego rzeczy (po powrocie się przeprowadza do innego mieszkanka). No i wiadomo, ich zarwana noc, wrócili ok. 4.
Powrót z bagażami do Warszawy brat zaplanował w ten sposób, że najpierw pojedzie pociągiem, który nigdy się nie spóźnia, a potem taksówką na Okęcie. Tzn. "pociągiem, który nigdy się nie spóźniał". Bo gdy brat wsiadł do opóźnionego o 30 minut pociągu, ten stał na dworcu kolejne 30 minut. Już słychać było gwizdek, gdy została podjęta szybka decyzja: "Tatuś, zawieź mnie". Tata oczywiście trochę przeciw, bo to będzie w takim razie druga niedospana noc, no ale innego wyjścia nie ma, bo jadąc tym pociągiem zapewne by się spóźnił.
No to wracamy do domu (rodzice, brat i ja). Ostatnio jakoś miał Mondziak większe problemy z rozruchem... ;-) Chwila przygotowania, coś przekąsić i wsiadamy do samochodu. Brat za kierownicę i ruszamy o trzeciej w nocy... Ruszamy, mówiłem! Ruszaj!
Niestety, jak się okazje, akumulator nie domagał. Szczęśliwie jednak wujek-sąsiad też ma Mondziaka, więc szybko dzwonimy, a on bez problemu pożycza dokumenty i kluczyki. Kól :)
Po nieco ponad dwóch godzinach drogi wśród pięknych widoków (wschód Słońca, mgła unosząca się nad polami i powoli wlewająca się na drogę...) dotarliśmy na Okęcie.
Jej, hardkor, ja ledwo żyję, na całe szczęście przemyłem w łazience twarz zimną wodą i było lepiej :) Ale i tak widać było, że nie dospałem :)
Trochę czekaliśmy z bratem w Terminalu 1 na odprawę, jednak w końcu odjechaliśmy, zanim się zaczęła. Tata, jako, że w drodze do Warszawy spał z tyłu (prowadził brat), był w miarę dospany. Ale za to ja już... chrr... :) Powrót, przemyłem się w łazience i kilkanaście minut po ósmej poszedłem spać i spałem do czternastej. Ech... I tak środa była zwalona :)
Swoją drogą samolotem miał ciekawą trasę... Warszawa – Amsterdam – Denver – Missoula, i dalej już busem/jeepem. Ale pomiędzy lotniskami za każdym razem innym samolotem! :D Ostatecznie jednak dzisiaj już rozmawiałem z nim przez Skype. Niesamowity pokój ma :)
Komentarze
No to naprawdę niezła „przejażdżka”. Że też się tak dobrowolnie zgodziłeś, wiedząc, że to będzie parogodzinną męką... phi!
No cóż, po pierwsze: nie będę widział się z bratem przez 3 miesiące. Po drugie: wolałem pojechać, by tatę pilnować, żeby nie przysnął :)